
Pamiętam seminarium dyplomowe w połowie maja. Studentka drugiego stopnia przyniosła wydruk pracy — prawie dwieście stron, kolorowe wykresy, ładna oprawa. Promotor nawet nie otworzył wstępu. Przewrócił stronę tytułową, zatrzymał wzrok na spisie treści i po czterdziestu sekundach powiedział: „Pani Aniu, ma pani trzy rozdziały teoretyczne i pół rozdziału badawczego. To nie jest praca magisterska, to jest referat”. Cała diagnoza — bez czytania ani jednego akapitu treści.
Ta scena powtarza się na uczelniach w całej Polsce kilkadziesiąt tysięcy razy w roku. Dlatego spis treści w pracy dyplomowej nie jest formalnym dodatkiem doklejanym w ostatniej chwili, tylko pierwszym — i często rozstrzygającym — dowodem na to, czy autor panuje nad własnym materiałem. W tym tekście przechodzę przez konkretną listę kontrolną, którą stosuję z dyplomantami, i pokazuję, co w spisie treści działa, a co natychmiast zapala czerwoną lampkę u recenzenta.
Czytaj dalej „Spis treści: co recenzent sprawdza jako pierwszy”









